W ostatnie dni kwietnia 2004 roku udało nam się załatwić po znajomości tanie noclegi w Sromowcach Niżnych - a więc Pieniny czekały na nas :D
Na początek poszliśmy na zwiad po okolicy. Trafiliśmy do restauracji o
nazwie "Dwór". A że byliśmy całkiem głodni, to postanowiliśmy zjeść tam
obiadokolację.
Kaczka po pekińsku i placki po węgiersku - do dziś to pamiętam - ceny dworskie, a ilość taka sobie.
Dzień później wybieramy się do zamku w Niedzicy.
Wyszliśmy na tyle wcześnie, że zamek był jeszcze zamknięty, a właściwie
nie zamek, tylko kasa zamkowa. To był jedyny raz, kiedy udało mi się
zwiedzić jakiś zamek za darmo :)
Widok jeszcze z drogi do zamku - kiedyś tam wrócę z lepszym sprzętem.
Kto wcześnie przychodzi, ten ma komfort spokojnego zwiedzania :)
Widok na okolicę super, szukamy ujęcia z ruinami zamku w Czorsztynie.
Spojrzenie oko w oko :) ze żbikiem
Przy garach :)
Jako, że byliśmy bardzo grzeczni, to pani przewodnik pozwoliła nam wejść do komnat, które wtedy nie były udostępniane dla zwiedzających :D
Teraz ja tu będę straszył :D
Postanowiliśmy iść na przełaj przez las, żeby w końcu jakoś dostać się do ruin zamku w Czorsztynie.
Na szczęście w lesie natknęliśmy się na jakiegoś tubylca, który nas pokierował w odpowiednią stronę.
Po kwadransie wyszliśmy na otwarty teren.
Chwilę później podnieśliśmy rękę w charakterystycznym geście i po raz pierwszy złapaliśmy stopa :D
I bardzo szybko dotarliśmy do zamku w Czorsztynie.
Klasyczne ujęcia z zamkiem w Niedzicy w jedynym okienku w Czorsztynie.
Czasem się trafi przyjazna dusza, która zrobi nam wspólne zdjęcie :D
Poszliśmy sobie do małej przystani w nadziei, że uda się nam stateczkiem dostać do Niedzicy. Niestety, stateczek, który widzieliśmy na jeziorze miał tylko rejs "rozruchowy" przed sezonem, bez pasażerów na pokładzie. Nie pozostawało nam nic innego jak wracać na piechotę na naszą kwaterę.
Po drodze natrafiliśmy na sympatyczne stadko owiec. A później znowu złapaliśmy stopa :D
Następny dzień był już otwarciem sezonu letniego i pierwszą tratwą w sezonie 2004 spłynęliśmy Dunajcem do Szczawnicy
Widok z Dunajca na Trzy Korony
Przeglądając mapę zobaczyłem, że można wejść na Sokolicę niebieskim szlakiem, jeśliby flisacy wysadzili nas na nieplanowanym przystanku na lewym brzegu Dunajca.
Przełom Dunajca i kultowa sosenka zrobiły na nas duże wrażenie. W ogóle przekonaliśmy się, że Pieniny są pięknym miejscem i warto tam wrócić nie raz...
Następnie powędrowaliśmy na Trzy Korony
Niektórym platforma widokowa na szczycie i obarierowane schody bardzo przeszkadzają. Ja uważam, że bardzo poprawiają bezpieczeństwo i pozwalają wielu osobom podziwiać wspaniałe widoki ze szczytu. Bez tych udogodnień nie byliby w stanie tam się dostać.
A schodząc w kierunku schroniska "Trzy Korony" poznaliśmy sympatyczne małżeństwo, które podrzuciło nas prawie pod naszą kwaterę :)
Na ostatni dzień zaplanowaliśmy Drogę Pienińską i Czerwony Klasztor.
Okazało się, że niedaleko naszej kwatery była mała wypożyczalnia rowerów - grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji :D
10 km w jedną stronę, zwiedzanie i 10 km w drugą stronę - nasze pośladki oczywiście to odczuły :(
W końcu wtedy mieszkaliśmy w małej kawalerce i nie mieliśmy rowerów, więc nasza kondycja do tego rodzaju podróżowania była co najmniej kiepska...
Ale oczywiście warto było trochę się pomęczyć. Widoki były wspaniałe, pogoda idealna...
Czerwony Klasztor to miejsce zdecydowania warte polecenia.
Z widokiem na Trzy Korony
Jedna z samotni eremitów.
W Czerwonym Klasztorze zachował się jeden ze starszych zielników w Europie.
Z Drogi Pienińskiej widzieliśmy kolejne tratwy spływające Dunajcem.
Po takiej udanej wycieczce mogliśmy spokojnie udać się w drogę powrotną do domu :)
Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na Dunajec





















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz