Przyszedł czas wakacji i możliwość wyrwania się na dłużej w góry. Sierpniowa pogoda zapowiadała się idealnie...
Zaczynamy ze Zwardonia i mozolnym krokiem człapiemy czerwonym szlakiem w kierunku schroniska na Wielkiej Raczy.
Dźwigamy ciężki ruski namiot, znany już w wyprawy po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, cholernie ciężkie metalowe konserwy i ze 3 bochenki chleba... Normalnie wielbłądy jakieś...
Co chwila napotykamy słowacki niebieski szlak graniczny.
Ciężki bagaż wymusza co jakiś czas przerwy... z czasem są one coraz dłuższe...
Nawet piękne widoki już tak nie cieszą...
To zdjęcie zrobił nam chyba sam anioł... Zużycie wody było tak duże, że po kilku godzinach nam jej po prostu zabrakło. I nagle nie wiadomo skąd pojawił się człowiek, który nie dość, że zrobił nam wspólne z bracikiem zdjęcie, to jeszcze ulitował się nad nami i oddał nam swoje 1,5l picie. Powiedział, że ma już niedaleko do domu, więc jej nie potrzebuje. Później się zastanawiałem gdzie jest jego dom, bo od dłuższego czasu nie widzieliśmy żadnych zabudowań mieszkalnych. Normalnie sam Bóg nam zesłał anioła :)
Trasa widokowo niesamowita, ale dłuuuga, więc tylko dla wytrwałych. tym bardziej, że później przybiera ona charakter mozolnego wspinania się na niezliczone górki i ostrożne z nich schodzenie. Kolana przeciążone na maxa.
Co jakiś czas można sobie zrobić zdjęcie z granicą państwa. Tak, tak - nie było wtedy jeszcze Schengen :)
Dzięki piciu od nieznajomego powoli docieramy do celu.
Najpierw meldujemy się na szczycie...
... potem na wieży widokowej po słowackiej stronie. Jak ktoś tam jeszcze nie był, to serdecznie polecam! Przepiękna panorama Małej Fatry i okolic :)
Jak już dźwigaliśmy ten namiot, to już musieliśmy w nim spać. To nic, że w nocy temperatura spadała do +4 stopni.
Kolejny dzień miał być równie ambitny - dojście do schroniska pod Wielką Rycerzową. Gdzieś w tej okolicy paskudne krzaki porwały w niecny sposób schnącą na plecaku koszulkę bracika. Możecie sobie wyobrazić jego niezadowolenie...
Ale najpierw był Przegibek i jego przysmaki. :) Potem okazało się, że tempo spadło do poziomu żałosnego - ciężar jedzenia, ciuchów, śpiworów i namiotu nas po prostu wykończył.
Gdzieś w tej okolicy złapał nas na odpoczynku po słowackiej stronie szlaku pogranicznik (pamiętamy, że to było przed epoką Schengen). Po prostu była tam fajna polanka widokowa z idealnym miejsce na półgodzinny odpoczynek z uzupełnieniem kalorii. Na szczęście szukał on jakichś czeskich przemytników, których podobno widziano w okolicy. Dlaczego czeskich, a nie słowackich - nie wiem, choć wydawało mi się to dziwne...
Ostatecznie rozbiliśmy namiot gdzieś zaraz za mostem na Rycerce. A rano udaliśmy się do Rycerki Dolnej i jak się później okazało, ostatnim na wiele dni pociągiem, wróciliśmy do Katowic. Po naszym odjeździe pogoda skiepściła się na maxa. Ulewne deszcze doprowadziły do podmycia torów kolejowych oraz zerwania trakcji w kilku miejscach. tak to okazało się, że czasem przymusowy odwrót może człowiekowi uratować ... sami wiecie co :)















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz